czwartek, 9 czerwca 2011

Family trip to Copenhagen

Lubimy się przemieszczać. Kiedy tylko pogoda i czas sprzyja pakujemy się i ruszamy w trasę. Ostatniej podróży jednak trochę się obawiałam. Do pokonania mieliśmy około 2 tysiące kilometrów, z czego pierwsze 600 jednorazowo. Starsza cacana jest wybornym podróżnikiem. Z uśmiechem na twarzy znosi wszystkie trudy podróży. Baliśmy się o młodszą cacaną, która kiepsko znosi podróż samochodem. Uzbrojeni po zęby we wszelkie zabawki i gadżety ruszyliśmy pełni lęku. Okazało się, że nie potrzebnie. Były krótkie momenty kryzysowe, ale wówczas z pomoca przychodziły Fasolki i Akademia Pana Kleksa:).
Celem naszej wyprawy była Kopenhaga i Legoland.
Pierwszy etap Sztokholm - Malmo pokonalismy w jakieś 6 godzin. W Malmo zatrzymaliśmy na noc. Wybraliśmy hotel usytuowany nieopodal starówki należący do sieci Scandic. Wybór okazał się strzałem w dziesiątke i z czystym sumieniem polecam tą sieć. Hotel nastawiony na rodzinna turystykę oferował szereg udogodnień dla rodzin z dziećmi. Przestronne pokoje, w których na najmłodzych czekał mnini upominek, tv dziecięca, kącik do zabaw wyposażony jak z najlepszych katalogów, nie mówiąc o dziecięcych akcesoriach do karmienia. W hotelu tej sieci zatrzymalismy sie także w dodze powrotnej z Kopenhagi. (Piszę o tym głównie dlatego, że w Dani trafilśmy znacznie gorzej. Za większą stawkę otrzymaliśmy klaustrofobiczny pokój, w którym poza łóżkiem nie znalazło się nic. Na szczęście była to tylko nasza noclegownia.)

Malmo nas zachwyciło, klimat niewielkiego nadmorskiego miasteczka, urokliwe stare miasto i widok w nowoczesnej dzielnicy na morze i most łączacy Szwecje i Danie. Cacane biegały po drewnianym molo, a my patrząc na zachód słońca piliśmy wino.








Nastepnego dnia ruszyliśmy do Kopenhagi - raju dla mamy cacanych. Było pięknie to oczywiste. Nie będę powielać przewodników. Jechałam z nastawieniem, że kupię mnóstwo zabawek, ubrań dla cacanych i wielu designerskich gadżetów. Nie odrobiłam lekcji. Piatek przeznaczyliśmy na zwiedzanie i ogólny rekonesans, sobotę w Legolandzie, a w niedziele powróciliśmy do Kopenhagi. Taaak. Wszystkie upatrzone sklepy okazały się zamknięte w niedzielę. Pozostało nam muzeum designu.

Zwiedzanie rozpoczęiśmy od portu, bajecznie kolorowego i tetniącego życiem.



Następnie nadmorskim szlakiem ruszyliśmy w poszukiwania Małej Syrenki.




... i zanaleźliśmy.



W Muzeum Designu starsza cacana z zaciekawieniem przygladała sie drewnianym zabawkom z lat 50 - tych, rozpoznała tez kila modeli krzeseł do złudzenia przypominająych te z Ikea :). Muzeum posiada piękny ogród, w którym można miło się zrelaksować i ochłonąć w cieniu drzew i pięknych murów. Oczywiście każdy na swój sposób...






Po wyjściu z muzeum tez było ciekawie....


Nic nie wiem na temat tego konika, bo oczywiście było ZAMKNIĘTE.


Cały czas prześladowały nas słonie, które starsza cacana postanowiła ujarzmić.




A ja i tak najbardziej bedę pamiętać ten rodzaj pojazdów rodzinnych. Na samo wspomnienie robię się zielona jak jeden z tych modeli, choć troche mi przykro, że zdradzam w ten sposób mój najpiękniejszy granatowy rower z koszyczkiem i fotelikiem dla Hanuszki, który teraz bardzo za nami tęskni w Krakowie.





W niedzielę wieczorem opuściliśmy Kopenhagę. Wróciliśmy do Szwecjii. W połowie drogi A4 zatrzymaliśmy się w Jönköping, oddalonym jakieś 20 km od malowniczo położonego miasteczka Gränna. Ulokowane kaskadowo pomiędzy skałami a jeziorem Vättern (6 co do wielkości jeziro w Europie), pełne malutkich kolorowych domków, ale najbardziej słynące z ręcznego wyrobu cukierków Polkagris. Niekoniecznie najpyszniejszych, ale za to ślicznie zapakowanych, które w upalny dzień przywoływały klimat Bożego Narodzenia.







Będąc w Gränna nie sposób odmówić sobie przeprawy promowej do Visingsö. Tamtejsze widoki koiły moje oczy, a cacanym dały mozliwość rozruszania się przed czekającym je kolejnym 3 godzinnym odcinkiem.








Starsza cacana jak z każdej podróży tak i z tej musiała zabrać jakieś pamiątki




Największym zainteresowaniem młodszej cacanej cieszyły sie ślady stóp na piasku...






Wróciliśmy bardzo zadowoleni. Dziewczyny dały radę! Nie był to wyjazd obliczony wyłącznie na zaliczanie największej ilości pozycji z przewodnika. Warunkiem udanej podróży z małymi dziećmi jest zapewnienie w równych proporcjach czasu poświęcanego zwiedzaniu z czasem poświęconym na beztroskę. W Kopenhadze jest to wyjatkowo łatwe. Olbrzymia ilość pieknie zaaranżowanej zieleni, dostęp do wody i na kżdym kroku coś wartego uwagi. Cały dzień można spędzić w porcie przechodząc od wody ku zieleni, pomiędzy słońcem a cieniem. Można sobie wybrać trasę śladami pana Andersena, lub zwiedzić miasto rowerowo. Można wybrać się do parku Tivoli, o którym Walt Disney przed założeniem własnego, powiedział, że tak właśnie wyobraża sobie rodzinny park rozrywki. My wybraliśmy Legoland, ale o tym następnym razem.

7 komentarzy:

  1. Zdjęcia piękne, widoki cudo do tego ciekawe i malowniczo opisane przeżycia i doświadczenia. Ach, tylko pozazdrościć takiej wycieczki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudna wyprawa, zazdroszczę i czekam na relację z Legolandu:-). I te cukierki - cieszą oko, oj cieszą :-). Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  3. genialne te rowery!! kurcze chciałabym taki mieć super sprawa naprawde:D

    OdpowiedzUsuń
  4. Rowery są nieziemskie. Sama bym dla moich dzieci taki zakupiła. Czekam niecierpliwie na legoland. Bo planujemy wyjazd właśnie tam, więc relacja mamy dla mamy przyda się nam bardzo:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj Legoland :)Marzenie mojego Starszaka...może kiedyś się spełni :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna wycieczka :-) Pojazdy rodzinne fantastyczne :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wspaniala relacja, fajne zdjecia a pojazdy rodzinne swietne...! my tez jezeli sie uda planujemy na te wakacje wybrac sie z dziecmi do Legoland, slyszelismy o tym miejscu wiele dobrego a teraz z przyjemnoscia zobacze i wyslucham Twojej relacji .. :-)

    Pozdrawiam serdecznie. M

    OdpowiedzUsuń