niedziela, 29 kwietnia 2012

My time, my place

Jest takie miejsce w Szwecji, oddalone o jakieś 60 km od naszego domu, za którym tęsknię już gdy w nim jestem. Nasze miejsce. Jedziemy szeroką autostradą mijając po obu stronach szerokie zielone pola, surowe skały, stadniny koni. Skręcamy w wąską jednopasmówkę. Droga robi sie coraz bardziej kręta, a podjazdy bardziej strome. Po obu stronach woda, zatoki, pomosty. Na wysokich wzniesieniach drewniane domki. Na podwórzach łódeczki. W końcu przejeżdzamy bramę i "jesienną aleję". Tajemniczą i piękną. Przeszywa nas lekki dreszcz. Wjeżdzamy w las. Wysiadamy nad morzem.

Byliśmy tam o każdej porze roku, choć nie odważyłam się pojechać tam prawdziwą, bardzo śnieżną zimą. Wczoraj temperatura trochę nas zaskoczyła. Z prognozywanch 17 wyszło 7, bardzo miłych i ciepłych. Moje idealne przyjecie urodzinowe.






























Dziś tylko opis dojazdu, wrócę tam na pewno.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Bez tytułu, bez sensu

Koniec świątecznej laby. Julka wróciła do szkoły. Dla mnie powrót jest o tyle bolesny, że przez cały najbliższy tydzień będę musiała wstawać o nieludzkiej dla mnie porze, aby odwieźć ją do szkoły. Rozmemłana jestem strasznie. I narzekam sobie tutaj, tak licząc naiwnie, że napisanie posta coś zmieni. Odkąd mieszkamy w Sztokholmie, życie krakowskie mija nam wyjatkowo nieśpiesznie. Wszystkie plany biorą w łeb już na starcie. Hanka nie przeszła procedury rekrutacyjnej do przedszkola, kolejna pani architekt, która miała się podjąć projektu naszego mieszkania nie daje oznak życia. Czas mija,wszystko płynie,a my stoimy w miejscu..



Krakowskie migawki

Był czas na odwiedzanie nowych knajpek. Ta wyjątkowo urocza, na Dębnikach. Pyszna kawa, klimatyczne miejsce, przestronne, jasne, jednocześnie pełne ciepła, może dlatego, że w miejscu starej piekarni. I miły właściciel, który pomógł dobrać odpowiednie wina. Gorący adres na mapie Krakowa - Konfederacka 4.




Trafiła się nam także rocznica ślubu - nr 10




Hanusza jak zwykle chodzi własnymi drogami, a konkretnie po kocim łbie. Po mimo uszykowanego koszyczka, którego skrzętnie pozbyła się na rzecz "nieważne kogo", postanowiła poświęcić kamyczki w wiaderku. W ten sam sposób zechciała obdzielić także sąsiednie koszyczki,uważająć je za dekoracje daleko elegantszą od choćby bukszpanu, który zakłócał jej poczucie estetyki.



Julka na swoim "spacerowym" rowerze zaliczyła spektakularną woltę, wzorując się na chłopcach z bmx. Jednak "spacerowy" rower okazał sie niegodzien stromych górek pokrytych kretowiskami.





No, ale co by nie mówić to wielkimi fanfarami powitaliśmy na świecie pierwszego od lat, ba od pokoleń mężczyznę w naszej rodzinie. Najprawdziwiej naszego, nie nabytego w ramach jakiegoś tam kontraktu spisanego,przyrzekanego, przypieczętowanego. Naszego, takiego z krwi (tzn. siostry ciotecznej:)). Mężczyznę i do tego od razu ułana!





niedziela, 1 kwietnia 2012

O ptaszkach, wiosnie, Tildzie i zimie

Od piątku w Krakowie. Pogoda okropna. A tydzień temu w Sztokholmie taka piękna wiosna była... Pech chiał, że już o 12 zadzwoniono ze szkoły, że starsza Cacana chora. W sobotę zorganizowałyśmy więc małe przyjęcie, aby zaprosić wiosnę do nas. Jusia skończyła też swoja pierwszą Tildę, na którą materiały przyniósł jeszcze w grudniu Święty Mikołaj. Wiosenne przyjęcie cudownie uzdrowiło Cacaną i następnego dnia rozpoczeliśmy sezon na nasze nadmorskie pikniki, ale o tym osobno. Ciepło pozdrawiam wszystkich tu zaglądających, zwłaszcza tych, których dzisiejszy śnieg zatrzymał w domu.