czwartek, 28 lutego 2013

Knitwits - nature friendly


Przyznam, że jestem wielką fanką czapek imitujących zwierzęce głowy. Wybór aktualnie jest duży. Czasem lubie, gdy za modą stoii ideologia. Zwłaszcza, gdy ze sprzedaży w biznesie, który generuje olbrzymie zyski, część pieniędzy przekazywana jest na tzw "wyższe" cele, na pomoc potrzebującym, na pomoc w walce z Aids, czy na wsparcie naturalnego środowska. Knitwits marka specjalizująca sie w produkcji zimowych nakryć głowy, rękawiczek, nauszników dodatkowo wspiera naturalne środowisko. 10% z całości sprzedaży przekazywane jest na działalność WWF Canada, której partneruje. Miło jest nosić czapkę z reniferem, od kogoś o kim wiemy, że dobro tych zwierząt naprawde leży mu na sercu. Fajnie mieć wybór. Oprócz serii dedykowanej World Wildlife Fund miłośnicy Hello Kitty i Ulicy sezamkowej też znajdą coś dla siebie. A i jeszcze jedno - miałam okazję "dotknąć" tych czapek, choć Cacanych ze mną nie było i nie umiałam zdecydować o rozmiarze:( są bardzo dobrej jakości!









Fot. from www.knitwits.com

poniedziałek, 18 lutego 2013

Nasza zima zła


Laskowa koło Limanowej. Miejsce, w które wybraliśmy się w niedzielę by pojeździć rodzinnie na nartach. Z dziadkiem. Zresztą z dziadkiem spotkałyśmy się na nartach już w piątek, by przez krótką chwilę, ja i Starsza Cacana, pojeździć na niewielkim stoczku na Jurze. W niedzielę pojechaliśmy wszyscy. Stok ciekawy i długi. Sporo muld i zlodowaceń. Jednak po łatwej, familijnej Białce niewielki zastrzyk adrenaliny był miłym doznaniem. Dla mnie, Starszej Cacanej, taty i dziadka. To jeśli chodzi o jazdę. Przez całą drogę(z Krakowa godzina) Hania, która widziała, że zabieram herbatę w termosie pytała czy już teraz będzie piknik. Była niezadowolona, że nie spakowałam naszego prowiantu do wiklinowego kosza. Piknik musiał się odbyć zaraz po tym, jak wysiedliśmy z samochodu. Na pierwszej zmianie z Hanią na dole zostałam ja. Laskowa nie jest dobrze przygotowana dla osób postronnych, nie jeżdżących. Szczególnie doskwiera brak miejsc, by bezpiecznie spędzić czas z małym dzieckim, pojeździć na sankach, jabłuszku czy poturlać się. Niedaleko wypatrzyłam zaśnieżoną polankę. Jak się miało okazać zbyt zaśnieżoną. Z sankami, plecakiem i Hanką dobrnęłam zapadając się po kolana, na jej szczyt. I zaczęło się - że ONA na nartach nie chce, na sankach też nie chce, chce herbatki ale z kubeczka, który został w domu, że zimno choć z wywieszonym jęzorem wdrapałyśmy sie pod górę, że ona tu być nie chce, że ona chce do domu. Tu nie ma oscypków ani aut( takich co uruchamiaja się jak wrzucisz dwu zetkę). Ale jest las i może zobaczymy liska albo sarenke. Krótka radość, nazwanie lasu dżunglą i stwierdzenie, że liski mają białe ząbki. Potwierdziłam, że mają i nieopatrznie dodałam że są drobne i ostre. Błąd. Ryk. Ona już nie lubi lisków i chce stąd do domu. Już!!!! Próbowałam, Haniu zobacz jak tu pięknie, góry drzewa, nawet lali twojej się podoba. NIE! Tu nie jest pięknie! I postanowiła robić zdjęcia zimie by w domu jej pokazać jaka jest brzydka.













piątek, 15 lutego 2013

Lalek moich bal


Hmmm... może nie bal, ale przyjęcie i nie raz do roku, choć faktycznie wszystkie miejsca zostały zajęte. Ale Fasolki i tak u nas rządzą :) Z samego rana w Willi pod Hiacyntem zaproszeni goście zejęli miejsca. Napojami częstowała Pani Imbryk, a mufinki i ciasteczka to już specjalność niewielkiej cukierenki Słodkiej Hanuszki. Po przyjęciu nadjechała miłosna poczta i wszystkie damy zostały obdarzone walentynkami(plotkowano,że przez kawalera Nosorożca). Ciekawe, że wsród zaproszonych dominowały kreacje w kolorze czerwieni, choć żaden dress code nie obowiązywał.

























niedziela, 10 lutego 2013

Go Julia Go Hania Go Julia....GO!


Białka Tatrzańska 2013.Post na gorąco. Pierwszy wyjazd narciarski z Hanią. Nie jestem pewna czy połknęła bakcyla. Właściwie jestem. NIE. Bardziej interesowaly ją zjazdy na pupie do "dziuly" (wykopany dół) i konsumpcja oscypków (ilości hurtowe). Zachwycił ją pobyt w termach, głównie zjeżdżalnie. I nie mogła się doczekać wieczornych powrotów, by zagrać w "kalkulmbelly" (kalambury). Julia zachwycona, bo narty to jej żywioł. Były pierwsze próby w snowparku, było budowanie iglo, był spacer z pochodniami i góralskimi przyśpiewkami na ustach. Cepry wracają zadowolone:)











Hitem wyjazdu dla Julki okazała się jazda tyłem. Podskoczyła obróciła się o 180 stopni i oświadczyła, że chce już tylko tak :). Cudem w nikogo nie wjechała. Pozazdrościłam jej, podskoczyłam, obróciłam się i zbierałam się w całość przez parę chwil.









Radość,wielka radość, największa gdy się upada.















Z ostatniej chwili: Starujemy na facebooku. Strona będzie małym dopełnieniem bloga, tego co lubimy. Jeśli i Wy lubicie to klikajcie. Zapraszamy :)

wtorek, 5 lutego 2013

Morskie Oko


Przeglądałam bloga w poszukiwaniu zdjęć z Morskiego Oka jeszcze z listopadowej wyprawy. Nie znalazłam, nie wrzuciłam, nie było takiego wpisu. A byłam przekonana.... Fajnie było i ładnie. Nawet Hania mimo halnego była taka wyciszona. Inna sprawa, że sporą część trasy przespała :) Ehhhhh pikne te Taterki.

















Ostatnie zdjęcie zawsze będzie mi się kojarzyło z piosenka Kazika. Zgadniecie którą?

niedziela, 3 lutego 2013

Really bad bee..


Zima to nie tylko śnieg, ale i czas bali karnawałowych. W miniony poniedziałek odbył sie takowy w przedszkolu młodszej Cacanej. Stety, niestety dziecię moje nie podzieliło entuzjazmu matki, która chciała się wykazać. Tańczyć jak najbardziej tak, ale przebierać się za kogoś lub coś? O co to, to nie. Wytłumaczyłam na czym polegają bale przebierańców. Zaproponowałam różne role. Księżniczki, krasnoludka, wróżki, myszki, liska, wilka, biedronki, pszczółki, muminka, flaminga. Za każym razem słyszałam: "NIE. Jestem HANIA." Po dwóch dniach odpuściła. Zgodziła sie przebrać za ... Maję. Ucieszyłam się. Przedwcześnie. Okazało się, że miała na myśli nie pszczółkę, a koleżankę ze swojej grupy. Grrrrr...











Mniej więcej w tym samym czasie oglądałyśmy w trójkę Kubusia Puchatka. Hania nie jest jakąś wielką fanką, chyba nawet lekko ja nudzi. Ożywiła się tylko raz, gdy rój pszczół gonił biednego misia. Stanęła na kanapie i ile sił w małych płucach wrzasnęła -"Uciekaj miśku, jeśtem wielka pcioła i zjjjjem ciee!"







Ps. W sprawie stroju osiągnełyśmy kompromis. "Jeśtem Hania. Bende udawła pciołe."

sobota, 2 lutego 2013

La Clinica


Kontynuując wątek wnętrzarski, dziś przedstawiam duet niezwykły. 2x 1/2 z Włocha + 1/2 Chorwata + 1/2 Polaka. Ciszak Dalmas. Poznali się we Włoszech, gdzie obaj studiowali. Ale firmę założyli w Hiszpani. Niedługo wezmą tam udział w wystawie pokazując projekt, który jest moim ulubionym La Clinica. Minimalizm, wykorzystanie tylko naturalnych surowców, bardzo prosta forma, sprawiają,że meble wyglądają niezwykle lekko. Gdybym miała urządzać pokój dla nowego dzidziusia to właśnie tak. To właśnie z tej serii powstała też linia mebli dedykowana jednemu ze sklepów "dzieciowych" - Smallwhite, w którym dwa lata temu znalazłam przepiękne sukienki komunijne i dzieliłam się tym znaleziskiem na blogu. A propos to właśnie tamten i i ten wpis bije w moich statystykach do dziś wszystkie rekordy popularności.







FOT. laclinicadesign.com

A i taka mała prywata i chwalipienctwo :) Niedawno zostałam zaproszona do pokazania się w nowym cyklu pokoików dziecięcych realizowanym przez Ładnebebe i Domosfere. Skorzystałam. I choć pokazywałam to w naszym cacanym świecie, to można nas popodglądać jeszcze tu i tu :)