piątek, 31 stycznia 2014

Insta memories- January


Minął pierwszy miesiąc 2014r. i wreszcie doczekaliśmy się prawdziwej zimy. Nie wszyscy u nas się z tego cieszą, Hania utrzymuje status quo i nie lubi tego, że nie lubi zimy. Cóż.... Ja ciesze się na zapas... W drugiej połowie miesiąca wymieniłam telefon i od razu zaprzyjaźniłam się z instagramem. Koleżanki ostrzegały, że wciąga ... Tak dla ścisłości nie wszystkie dzisiejsze migawki to instagram, choć rzeczywiście duża część. Staruszek Canon z pewnością zwolni teraz rytm. A jeśli chodzi o instagram to znaleźć nas można tu cacaovo_blog





















niedziela, 26 stycznia 2014

Mania fotografowania


Jaka matka taka córka. Widząc mamę od urodzenia z aparatem nie mogło być inaczej.Oczywiście najbardziej interesują ja te prawdziwe, gdzie nie tylko widać efekt, ale można coś pokręcić, poprzestawiać i rozregulować. Kupując Hani aparaty nie byłam pewna czy będzie nimi zainteresowana, bo dzieci na ogół mają doskonałe wyczucie wszelkich fejków. Pewnie każdy z nas przeszedł etap dawania dzieciom nieczynnych komórek, bo wiadomo, że na plastikowe nawet nie chciały zerknąć, a mimo to dzieci bezbłędnie wyłapywały ze to jakaś ściema, że to nie o to im chodzi, chciały dokładnie tego, którego mama/tata używają. Wracając do aparatów. Hania mnie zaskoczyła. Oczywiście wie, że to zabawka i bezbłędnie odnalazła się w roli. Robi zdjęcia, oddala przybliża się do obiektu, pyta mnie o zdanie "Mamo popatrz wyszło przyzwoicie" Zrzucała zdjęcia kablem na swojego ipoda, choć ja od dawna nie zrzucam przez kabel :))) Rano powiedziała misiowi, że teraz muszą zrobić foty, bo potem będzie za ciemno :)))) Pierwszy aparat to twig creative( marka, w której najbardziej podobają mi się krzesła), zabawka nowa a juz praktycznie stałą sie kultowa. Pewnie nie zdecydowałabym się na niego gdyby nie fakt, że dostępny jest już w Polsce i że była wersja złota, a ja ostatnio do złotego mam dużą słabość. Drugi to szpiegowski aparat Moulin Roty, w bardzo przyjaznej cenie i który bawi nawet mnie, patrząc do przodu widzimy co dzieje się z boku. Tak więc teraz wszyscy się nawzajem szpiegujemy :)























sobota, 18 stycznia 2014

Miss R' Belle


Kiedy tydzień temu wybraliśmy się do centrum handlowego Julia dostała godzinę na samodzielne chodzenie po sklepach oraz do ręki kartę upominkową jednej z sieciówek. Gdy spotkaliśmy się po upływie czasu, w reklamówce znalazłam sweter i koszulę, na które ja sama nawet bym nie spojrzała. Podobało się jej oraz szkolnym koleżankom. Co dziwniejsze, choć obie rzeczy nie przypadły mi do gustu w ogóle, gdy założyła je ona, zmieniłam zdanie o 180 stopni. Czas wybierania ubrań dla mojej pierworodnej się kończy i wiem o tym już od jakiegoś czasu. W wakacje, gdy Ona była poza domem wypatrzyłam na wyprzedaży w TK Maxxie żakiet, który dziś występuje w roli głównej. Wracałam po niego kilkakrotnie sądząc, że Julia nawet nie będzie chciała go przymierzyć. Zaryzykowałam, a zakup okazał się bardzo udany. Jesienią noszony był często w różnych konfiguracjach, teraz czeka na cieplejsze dni, bo nie lubi tłamsić się pod puchówką. Miesiąc później w tym samym sklepie trafiłam na wełniane ponczo z kapturem tej samej marki. I tym razem zakup okazał się trafiony. Nie znałam marki wcześniej. Coś tam poszperałam sobie w internecie i dowiedziałam się, że R'Belle to część holenderskiego Scotch & Soda. Nie przekleję tu dziś lookbooka, ale myślę, że zdjęcia kolekcji mogą być całkiem niezłą inspirację dla nastoletnich buntowniczek :) Kliknijcie w link i popatrzcie.















sobota, 11 stycznia 2014

Kids & Photography: Per Breiehagen


Per Breihagen to fotograf pochodzący z północy Norwegi. Choć dobra fotografia nie zna podziałów narodowościowych to oczywiste jest, że o stylu artysty decydują także doświadczenia z dzieciństwa. Wychowany w surowym klimacie północy potrafi z niewyobrażalnym wyczuciem oddać piękno, siłę i potęgę Północy. Nic dziwnego, że z jego prac korzystają najwięksi, np. National Geographic. Kiedy traficie na stronę Pera zobaczycie bogate portfolio zawierające tematycznie pogrupowane zdjęcia. Na szczególną uwagę zasługuje album Powered- człowiek i żywioł, maszyna i przyroda. Wspólnym mianownikiem prac jest zawsze potęga natury, ale kiedy portretuje ludzi nigdy nie stawia ich w opozycji. Portrety pokazują ludzi silnych, ukształtowanych przez silną naturę, potrafiących żyć z nią w symbiozie. Inaczej rzecz ma się z projektem o którym poniżej.

Winter Magic to projekt rodzinny. Magiczny i pełen delikatności. Tłem ciągle są tu mroźne krajobrazy, ale dzięki małej dzielnej dziewczynce z blond warkoczykami, surowość odchodzi na dalszy plan. Bohaterką serii zdjęć, nad którymi praca trwała 4 lata jest mała córeczka fotografa Anja. Mama Anji Lori Evert zajęła się oprawą sesji, ubiorem i dostosowaniem elementów scenografii. Projekt został zwieńczony publikacją książki The Christmas Wish, klasycznej fairy tale story rozgrywającej się w zimowej scenerii. Mała Anja marzy, by zostać jednym z Elfów św. Mikołaja, udaje się więc w długą podróż, której przyświeca motto: Be brave, be kind, belive. Poniżej niedoskonałe zdjęcia przepięknych zdjęć z książki. Możecie wyobrazić sobie z jaką prędkością biegłam na pocztę wiedząc, że przesyłka zawiera właśnie tę opowieść :)

















I na koniec mały bonus w postaci krótkiej opowiastki już bez mojej ingerencji, autor Per Breiehagen: klik

czwartek, 9 stycznia 2014

Kid &Coe - family friendly travelling


Podróże stanowią dużą i ważną część naszego życia. Bardzo lubimy ten dreszczyk emocji, kiedy ruszamy w nieznane. Już sam etap przygotowań, zbierania informacji, studiowania map, przenosi naszą wyobraźnię w inny świat. I to dosłownie. Wiele lat temu w tych przygotowaniach kluczowe znaczenie miał sposób przemieszczania się. Od momentu pojawienia się dzieci równie ważne stało się to jak i gdzie mieszkamy. Oczywiście są miejsca, które są celem same w sobie, nie zwracamy uwagi na wygody. Czasem trudności i brak wygód staje się zaletą. Ale dziś nie o tym. Dziś o moim nowym uzależnieniu czyli nałogowym podróżowaniu palcem po mapie w obszarze destynacji skupionych w serwisie Kid and Coe.Dlaczego się uzależniłam? Bo ten serwis łączy moje wielkie pasje, macierzyństwo, a właściwie rodzicielstwo, które dzielę z tatą Cacanych, dobry design w wymiarze wielokulturowym i podróże. Bliskie są mi założenia, które poprowadziły autorkę Zoie Kingsbery Coe do utworzenia serwisu. Mama dwójki dzieci i żona muzyka spędziła wiele czasu w trasie. Zgromadzone doświadczenie zaowocowało powstaniem serwisu specjalizującego się w wynajmowaniu mieszkań i domów dla rodzin podróżujących z dziećmi. Ten pomysł musiał odnieść sukces. Każdy z nas, chce pokazać dziecku świat. Otworzyć go na inne kultury, pozwolić zakosztować różnorodnych smaków i zapachów, jednocześnie nie wyrywając go z najbliższego środowiska,rodziny. Podróże rodzinne pozwalają właśnie na wszystkie te doznania, dodatkowo wzmacniają więzi i konsolidują rodzinę. Ale wiadomo, że podróżowanie z dziećmi rządzi się też swoimi prawami.Nie może ograniczać się do zaliczenia największych ilości pozycji z przewodnika. Musimy się zatrzymać, pozwolić dzieciom pobawić się na nowym placu zabaw, poobserwować nowe otoczenie, dokonać własnych obserwacji. Miejsca polecane przez serwis są dokładnie sprawdzane pod względem bezpieczeństwa, najbliższego sąsiedztwa, wygód jakie oferuje dana lokalizacja. Aktualnie serwis proponuje 39 destynacji. Największa liczba znajduje się na terenie Stanów Zjednoczonych, ale różnorodność kierunków jest naprawdę imponująca, a trzeba dodać, że w ofercie pojawiają się ciągle nowe miasta. Apartamenty i domy są wyszukiwane bardzo starannie. I tu dochodzimy do sedna. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam podglądać jak mieszkają inni :)A mieszkania, które proponuje serwis przykuwają uwagę dobrym designem. W dodatku to prawdziwe mieszkania, nie bezpłciowe, zachowawcze hotelowe, czy katalogowe wnętrza. To pomieszczenia, w których mieszka, mieszkała lub pomieszkuje rodzina taka jak moja, a może większa. W której też są dzieci, które mają swoje przestrzenie, zabawki, książeczki. Gdzie funkcjonuje normalna, w pełni wyposażona kuchnia (prawie zawsze większa od mojej :)). Gdzie mogę przeglądnąć zawartość biblioteczki, a może podpatrzeć jakieś fajne rozwiązanie techniczne, np. tzw. ulubioną "polską prowizorkę" :) Mogę zrezygnować z południowego zwiedzania i zjeść lunch z rodziną na zielonym tarasie mieszkania i posłuchać muzyki z udostępnionych płyt gospodarzy. Dzięki temu w mieście, w którym jestem turystką czuje się jak u siebie, chłonąć przenikającą otoczkę innej kultury. Póki co palcem po mapie.. a właściwie pomieszkaniach rozsianych w 39 miastach...



Fot. kidandcoe.com/ Copenhagen



Fot. kidandcoe.com /Paris



Fot. kidandcoe.com /Paris



Fot. kidandcoe.com /Iceland

Nie jest to post sponsorowany, nie korzystałam też sama z tego serwisu,ale już od jakiegoś czasu sama wybieram wszystkie elementy podróżniczej układanki. Krótko mówiąc nie lubię biur podróży. Na ogół za za dużą kasę oferują popularne zatłoczone kurorty z klaustrofobicznymi pokojami. Pamiętam mój pierwszy zachwyt maleńkim mieszkaniem na Montmartrze, gdy do Paryża udaliśmy się tylko "we dwoje". Osobiste rzeczy właściciela, książki, muzyka z jego komputera, maleńki sklepik na dole kamienicy, otwarty do bardzo późna, gdy wracaliśmy "z miasta do naszego mieszkanka" chyba właśnie wtedy połknęłam bakcyla. I polecam.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Family Ski Trip 2014


Nie można czekać w nieskończoność na zimę. Szybka decyzja. Szybkie rozeznanie w temacie, gdzie i jaka grubość pokrywy śnieżnej. Jak zwykle Białka rządzi. Telefon do ulubionego pensjonatu. Ufff, ktoś odwołał rezerwacje. Plan jest, jedziemy 2 stycznia. Zonk Julia, po 3 sezonach wyrosła ze swoich butów narciarskich, narty też już czas na dłuższe zmienić. Internet, telefon do sklepu, dacie rade na jutro 31.12 dostarczyć sprzęt? ( odległość jakieś 50 km). "Damy radę". Ok, przelew natychmiastowy. Czekamy. 2 stycznia ja budzę się chora. Faszeruję się baterią leków, a nart nie ma. Telefon. Będzie 3 stycznia po 14. Żart. Nie czekamy, bierzemy co mamy i ruszamy. W radiu trąbią o wielkich korkach. Ufff nie w naszym kierunku. Po półtorej godzinie my cieszymy się już śniegiem, a wieczorem relaksujemy w termach. Hanka zachwycona. Za nim jeszcze zmoczy czubek głowy, wypływamy na zewnątrz, oddychamy świeżym powietrzem i patrzymy w gwiazdy. Mijają nam kaszle i katary. Następnego dnia Julia jeszcze daje radę na starych nartach, ale jej stopy nie są zachwycone. Pada pomysł, że skoro i tak trzeba jej wypożyczyć sprzęt to może by tak spróbowała na desce snowboardowej? Jasne i nawet znalazł się wolny instruktor na 1 godzinę. Tatuś zaciera ręce. Ja pamiętając swój pierwszy i ostatni raz na desce przygotowuję ja na to, że najpierw trzeba się nauczyć balansować, upada się ciągle na pupę, albo na kolana, nie ma mowy o wyciągu, tylko ciągle zdejmujesz deskę i ją zakładasz i tak w kółko bla bla bla. Instruktorka w zachwycie. Po tej godzinie Julka jeździ. Normalnie tak po prostu jeździ, na przedniej, tylnej krawędzi, skręca, zmienia. Właściwie nie powinnam być zdziwiona, ten typ tak ma.

I tu mała dygresja i przestroga.

Julia ma 4 latka. Umie już jeździć na nartach. Wybieramy się do sklepu po nowy sprzęt snowboardowy dla taty. Tata wybiera, a sprzedawczyni tak na oko 50 letnia widząc podjarkę dziecka wykorzystuje sytuację i wciska nam sprzęt dla malucha. Mała Jusia zachwycona, ja widząc malutkie buciki snowboardowe też, ale coś każe mi się zastanowić, tym bardziej, że tata nic nie kupuje i będziemy szukać dalej. Julka cały czas nudzi, żeby jej też kupić, ona chciałaby najbardziej deskę z Myszką Miki :) Uśmiechamy się do siebie i mówimy jej, że ok, jak znajdziemy gdzieś deskę z myszką M to kupimy. No przecież prawdopodobieństwo bliskie zeru. Trafiamy do skate shopu. Obsługuje nas młodziutki chłopak, student AWF. Na ścianie wiszą malutkie deski z Donaldem i Pluto. Mnie robi się słabo. Niewiele brakuje do zakupu, a tu nagle chłopak sam z siebie tłumaczy nam, że to błąd. Że ona jest za mała, nieważne, że bardzo sprawna. Lepiej żeby przez najbliższe lata skupiła się na nartach i sportach symetrycznie obciążających kręgosłup. A po deskę wróciła po ukończeniu 7 lat. Wiem, ze na stoku jest mnóstwo malutkich snowboardzistów i wcale nie twierdzę, ze wyrosną z nich dzieci z wadami kręgosłupa, bo wiadomo, że to zależy od wielu czynników. Ale faktem jest, że każdy z nas ma stronę silniejszą, którą mocniej eksploatuje, a na desce ten układ jest wręcz wymuszony warto się więc zastanowić. Nauka w późniejszym wieku jest równie emocjonująca.