piątek, 16 września 2016

Wakacje w kolorze blue - Porto




Zacznę od tego, że wychodzę z założenia,iż wakacje są dla wszystkich członków rodziny, nie tylko dla dzieci. Portugalia znajdowała się w mojej pierwszej piątce wakacyjnej ale, gdzieś między 3 a 5 miejscem. Zostałam przegłosowana 1:3.Pomyślałam,że skoro Hania znajduje się w najlepszej swojej życiowej formie, a nigdy nie wiadomo ile to potrwa to czemu nie, wygrzejmy się gdzieś w piaskach południa. Postawiłam jednak warunki- nie ograniczymy się do jednego regionu ( czyt. plażing w Algavre) ale zobaczymy jeszcze przynajmniej dwa miejsca i nikt nie wrobi mnie w bycie szoferem, wszak ja będę degustować ( portugalskie wina to jedne z moich ulubionych)! Apartament hotelowy w Lagos zabukowaliśmy jeszcze w pierwszej połowie kwietnia. Dopiero potem kupiliśmy bilety lotnicze a na sam koniec bukowaliśmy apartamenty w Porto i Lizbonie, choć to właśnie tam zaczynaliśmy pobyt. Apartament W Porto skusił mnie olbrzymim posterem ze składu wina Sandemana. Okazał się świetnie położony, parę kroków od Mercado do Bolhao i capela das Almas. Na naszej ulicy znajdowała się genialna knajpka z pysznymi rybami i wspaniałym winem. Nasze dzieci okazały się najlepszymi kompanami w podróży. Włóczyły się z nami uliczkami starego Porto do późna a potem odsypiały do bardzo przyzwoitych godzin południowych by po leniwym śniadaniu móc znów wyruszyć w uliczki wypełnione przepięknymi azulejos. Jeśli, chodzi o samo zwiedzanie nie wyszliśmy raczej poza to co oferują cienkie przewodniki po Porto. Oczywiście wyruszyliśmy w rejs po rzece Douro by podziwiać zawieszone nad nią mosty i stare kamienice okalające oba brzegi Ribeiry. Z okien podniebnych gondolek podglądaliśmy panoramę nabrzeża i składów wina. To właśnie z okolic doliny Douro pochodzi najpyszniejsze vinho verde, idealne w te późno czerwcowe dni. Ale najwiecej chodziliśmy, a ja przez większość czasu narzekałam. Na zapach podpałki do grila - które wystawione na głównych i mniej głównych uliczkach miasta były co kilka kroków, (trafiliśmy na noc świętojańską) i moczu w wąskich uliczkach - olbrzymia ilość turystów i świętujących mieszkańców. Ale najbardziej narzekałam na brak poszanowania historii. Trudno było mi wybaczyć totalny brak zainteresowania własnym dziedzictwem. Przepiękne kamienice z cudownymi dekorami, wyłożone przepięknymi azulejos straszyły pustką i ruderą. Pozostawione same sobie na oczach tak chętne odwiedzających je turystów. Przecież turysta= pieniądz= remont miasta. Potrzebowałam czasu, by nabrać dystansu. Dziś wspominam te cudowne kamienice i piękne azulejos z rozrzewnieniem, ale w zestawieniu Porto/Lizbona zdecydowanie wygrywa stolica.






































































3 komentarze:

  1. przepiękne są azulejos ! aż mi się nie chce wierzyć, że nie potrafią zadbać o takie perełki :(
    przepadłabym w takich detalach na dobre ;)
    cudowny klimat na Twoich zdjęciach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ pięknie, azulejos obłędne, słyszałam, że boczne ulice w wielu portugalskich miastach odbiegają od folderowych wizji...ale gdzie tak nie jest...cudnie przenieść się w cieplejsze rejony przy dzisiejszej aurze ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowne fotografie. Patrzę i patrzę i wciąż jestem w stanie zachwytu... Uchwyciłaś niesamowity klimat tego miejsca... Z przykrością obserwuję, ze w wielu miejscach nie dba się o ślady historii. Znajduja się pieniądze i to olbrzymie na kolejne galerie handlowe i strzelające do nieba biurowce a nie ma ich na zachowanie dla następnych pokoleń niepowtarzalnego piękna minionych wieków... smutek ogarnia na sama myśl... A porto smakuje najlepiej w Portugali :) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń