piątek, 28 grudnia 2018

Nowy Jork familijnie - tak trzeba żyć


Podróż do Nowego Joru, była niewątpliwie największą niespodzianką mijającego roku dla naszej rodziny. Propozycja padła ze strony pracodawcy męża, dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie, bilety, wiza, a jeszcze wcześniej bilety na koncert muzycznego guru mojego męża, który miał odbyć się na High Linie. I rezerwacja mieszkania. Było oczywiste,że potrzebujemy w pełni wyposażonego apartamentu, wszak jechaliśmy na 3 tygodnie i hotel podczas tak długiego czasu nie spełniłby naszych oczekiwań. Zdecydowaliśmy się na serwis Kid & coe, który oferował świetne mieszkania dostosowane do potrzeb rodzin z dziećmi w atrakcyjnych lokalizacjach. Serwis podobny do innych tego typu, jednak udostępniane mieszkania są rzeczywistymi mieszkaniami rodzin a nie lokali powstałych z przeznaczeniem na wynajem krótkoterminowy. W Nowym Jorku, gdzie ceny mieszkań są horrendalnie wysokie, jest to powszechna praktyka. Ma to oczywiście swoje wady i zalety, ja skupiałam się na zaletach. To co podobało mi się najbardziej to zawartość biblioteczek, zwłaszcza tych dziecięcych. Zarówno Hania jak i Leo weszli tak naturalnie w świat innych dzieci m. in dlatego,że znaleźli na półkach amerykańskie wydania części ich książeczek, znaleźli podobne zabawki, a wszystko to jednak w innej aranżacji, w innej przestrzeni. Wynajęliśmy dwa mieszania - przez pierwsze dziesięć dni mieszkaliśmy na górnym Manhattanie, przez kolejne na Soho. Apartamenty były bardzo przestronne, i w obu przypadkach czuć było ducha tych rodzin, dzieci otoczonych nie tylko przedmiotami, ale przede wszystkim uczuciami. Po tej podróży inaczej spojrzałam też na swoje mieszkanie, zastanawiając się jak zostałoby odebrane przez kompletnie nieznaną mi rodzinę gdzieś z drugiego końca świata. Przestał mi ( chwilowo) przeszkadzać ten codzienny rozgardiasz, klocki, i książeczki po których depczę, rysunki przypięte do lodówki ( jednak żeby być całkiem szczerą to przyznam, że dziś rano dostałam ataku furii szukając jednego z 10 grzebieni i szczotek Hani żeby uczesać ją przed spóźnionym wyjściem do szkoły). Cieszyłam się widząc zdjęcia tych rodzin porozkładane w różnych miejscach i naprawdę ich polubiłam. Podłączyliśmy do ich telewizora naszego Netflixa, piłam sok pomarańczowy prosto z butelki przechowywanej w dwuskrzydłowej lodówce, korzystałam z ich naczyń piknikowych, podlewałam ich kwiatki, rodzinie skorzystaliśmy z ich abonamentu do Muzeum Historii Naturalnej i czasem przyjmowałam pana serwisanta ze spółdzielni. Sam lot? Komfortowy. Średnio długa trasa, przylot na wydzieloną niewielką część JFK, żółta taksówka która za około 50 $ wiezie na Manhattan ( jest też metro). To wszystko ułatwiło nam podróż, zwłaszcza że podróżowałam sama z dziećmi. Co polecam dzieciakom zamieszczę w kolejnym poście.